Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
1568 974f 500

"Ludzie się boją. 
Że już nie potrafią poznać kogoś nowego. Że nie widać kogoś kto porwie, zauroczy, zakręci. 
Że nie ma kogoś dla kogo traci się zmysły i dech. 
Ludzie boją się, że będą sami. 
Że nie będzie dla kogo kupować bielizny i butelki wina. 
Że zakupy zawsze dla jednej osoby. 
I kawa rano też. 

Na dłuższą metę samemu jest trudno. Kogoś się, więc, do swojego świata wpuszcza, przez moment jest ulga, a później okazuje się, że nagle w tym naszym świecie powstał tłok i że trzeba trochę przewietrzyć pomieszczenia.

I znowu jest samotność. 

W tym wszystkim moim zdaniem chodzi jednak o to aby umieć żyć samodzielnie. 

Nie szukając w tej drugiej osobie ratunku czy ocalenia przed naszymi, własnymi problemami. Nie szukając jej ze strachu przed samotnością. 

Być z kimś to dla mnie wybór. Że cię chcę, mimo że potrafię dać sobie radę w życiu. 

Szczęście ciągnie do szczęścia."

 - Piotr C. pokolenieikea.com

Reposted frompanikea panikea viapchamtensyf pchamtensyf
Doszedłem do wniosku że nie warto się starać i troszczyć o czyjąś obecność. Jakby ktoś chciał być to by był. Jakby ktoś chciał rozmawiać to by rozmawiał. Teraz mam to gdzieś nie będę już tym co pierwszy zaczyna temat. Nie będę już tym samym człowiekiem. I nie dziwcie się jak będę mięć wyłączone telefony czy nie będę odpowiadać na wiadomośći, że nie będę tak o was zabiegać jak wy macie mnie w chuju to ja mam was.
— Spierdalać, wychodze przejść się. Wróce rano
Reposted fromMyrszaa Myrszaa viapchamtensyf pchamtensyf
Sponsored post
Może masz rację, że zachowujesz ostrożność. W końcu już wcześniej cię okłamywano. Twoje serce jest nieco sfatygowane i przerażone, wielu obeszło się z nim źle, czas je nadgryzł.
— Raphael Bob-Waksberg - "Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii"
Reposted fromMsChocolate MsChocolate viapchamtensyf pchamtensyf
7457 3e00 500
Justyna Dąbrowska
"Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami.
Reposted fromhrafn hrafn viapchamtensyf pchamtensyf
Kobieta wygląda najpiękniej gdy się zakocha lub gdy uwolniła myśli od danego mężczyzny.
Reposted fromtake-care take-care via12czerwca 12czerwca
5095 8775 500
truth about love.
Reposted frommodiglovinne modiglovinne viaapatyczna apatyczna
Bądź sobie pochmurny, ale nie rób deszczu.
— Phoebe Buffay, "Przyjaciele"
Reposted fromcudoku cudoku viapchamtensyf pchamtensyf
Tęsknię za tym, żeby komuś zależało na tym żebym nie była smutna i żeby robił rzeczy (albo nie robił rzeczy) dlatego, że wie że będzie mi dzięki temu lepiej. Nie tylko dlatego, że wyraźnie o to proszę. Straciłam wiarę, że to w ogóle jeszcze możliwe (z proszeniem wcale nie jest inaczej).  
Może i nieczęsto mówię czego chcę, ale jeżeli już to robię i tego nie dostaję, to bardzo ciężko później próbować znowu i znowu
Reposted frommartrol martrol viapchamtensyf pchamtensyf
4692 fde6
[photo by Floris Neusüss]
wszystko zawsze kończy się tak samo. daję, daję, jeszcze więcej i więcej. a potem, zostaję sama. a kiedy, już ktoś się do mnie przyturla to czuję, że istniejemy w odrębnej rzeczywistości. znudziły mi się piękne słowa. znudziło mi się wszystko, co nie jest opakowane w gesty i czyny. i męczy mnie to cholernie. bo nie chce mi się mówić. chcę po prostu leżeć obok. milczeć. uśmiechać się. płakać. tulić. oglądać głupoty. i nie musieć nic mówić. chcę wzruszeń. chcę być dla kogoś szóstką w totka. chcę, żeby ktoś bał się, że mnie straci. chcę, żeby ktoś oszalał na moim punkcie. chcę, żeby ktoś dzwonił tylko po to, żeby usłyszeć mój głos. żeby dowiedzieć się, jak mi minął dzień. żeby ktoś chciał zagłębić się w każdy zakamarek mojej duszy i dostrzegł w niej coś więcej niż mrok. chciałabym, żeby ktoś mnie dostrzegł. nie mówił do mnie: nie histeryzuj, nie panikuj. tylko tulił mnie wtedy mocno. żeby był, a nie bywał.
Reposted frompchamtensyf pchamtensyf
6232 16d0 500
Reposted fromlisekhipisek lisekhipisek viapchamtensyf pchamtensyf

Pomóż mi, bo nie wiem, co mam dalej robić, nie wiem dokąd pójść, co powiedzieć i jak się zachować. Czuję się źle, czuję, że nie chcę, że już dłużej tak nie mogę. Ciągle udaję, od lat, że jest świetnie, że robię to, co kocham, że jeszcze troszkę i osiągnę ten upragniony cel, ale jest fajnie, ciągle do przodu. To co, że od lat pod górkę, to co, że droga jest cholernie wyboista, to co, że bolą mnie już nogi. Wciąż idę, aż wreszcie docieram do miejsca, do którego zmierzałam od lat i wiesz co, wcale mi się tutaj nie podoba. Nie chcę tego. Miałeś tak kiedyś? Dotarłeś na sam szczyt góry, którą sam przed sobą postawiłeś i zrozumiałeś, że to nie jest to, że chyba obrałeś sobie nie ten życiowy cel?

http://moblo.pl/profile/yezoo
Reposted fromnacpanaa nacpanaa


Zdałam sobie sprawę z tego, że żaden związek nie będzie wyglądał tak jak ja bym tego chciała. Nikt nie jest w stanie mi dać tyle co ja chce dać komuś. 

Reposted fromniemoc niemoc viapchamtensyf pchamtensyf
Ko­biety, które myślą, to naj­częściej te, o których się nie myśli.
— znalezione
Popołudnie.
Idziemy Centralną. 
Tłum.
– Szkoda mi tych ludzi. Tylu ich niepotrzebnych – mówi Wktor.
Pauza.
– A może ty też nie jesteś nikomu potrzebny? – pytam.
– Oczywiście, że nie jestem potrzebny. Ale ja wiem o tym, a oni nie.
— Jarosław Borszewicz, "Mroki"
Pojawia się we mnie mnóstwo sprzecznych emocji. To wszystko sprawia, że zaczynam czuć się pusty w śodku. Wydrążony przez ndmiar zachwytu, który po jakimś czasie ciągnie mnie w rozpacz. 
Chcę rozmawiać, a brakuje mi słów. 
Chcę widzieć, a przed oczami mam majaki. 
Potrzeba mi odpoczynku. Od wszystkiego, od wszystkich. System operacyjny jest przeładowany. Trzeba wrócić do ustawień fabrycznych, w któych istnieję tylko ja. 
Reposted fromhrafn hrafn viapchamtensyf pchamtensyf

Mal de coucou – paradoks życia towarzyskiego, które jest niby bujne, ale w którym mamy niewielu prawdziwych przyjaciół. Mamy wokół siebie bardzo wielu ludzi, ale tylko przy bardzo nielicznych możemy być naprawdę sobą i wypłukiwać z siebie wszystkie te psychologiczne toksyny, które się w człowieku gromadzą. Mal de coucou jest jak złe odżywianie, które sprawia, że nawet jeśli pochłoniemy cały bufet niezobowiązujących pogawędek, to i tak wciąż jesteśmy głodni prawdziwego posiłku.

Liberosis – tęsknota za tym, żeby się mniej przejmować, rozluźnić kontrolę nad swoim życiem, żeby przestać co chwila patrzeć za siebie, czy tam się nie czai ktoś z siekierą, czy choćby ktoś, kto chce przechwycić piłkę. Tęsknota za tym, żeby zająć się wreszcie swoim życiem na luzie i z radością, trochę jak w siatkówce, żeby podbijać je krótkimi odbiciami, utrzymywać cały czas w powietrzu, żeby nie spadło na ziemię, zdać się na przyjaciół, na siebie, zawsze w ruchu.

Adronitis – frustracja, że tak strasznie długo trwa zanim naprawdę poznamy drugiego człowieka. Pierwsze tygodnie znajomości antyszambrujemy pogawędkami w przedpokojach psychiki, przesuwając się w głąb powolutku i po centymetrze, dwa kroczki naprzód, jeden duży wstecz. A chciałoby się przecież zacząć od sedna, od tego, co najważniejsze, a dopiero potem odblokowywać wyjścia na sprawy drugorzędne i marginalne. Chciałoby się zacząć od najgłębszych tajemnic i najintymniejszych szczegółów, a dopiero potem wyluzowywać w stronę small-talku, tak żeby dopiero po latach i poznaniu wszystkich soczystych sekretów osiąść spokojnie na kanapie i zapytać bliźniego jak ma na imię i co właściwie słychać.

Occhiolism – bolesna świadomość małości własnego doświadczenia i ograniczeń własnej perspektywy. Bo faktycznie, są one tak wąskie, że trudno z nich wyciągać jakiekolwiek wnioski o świecie, o przeszłości, albo o złożoności kultury. Owszem, życie każdego z nas jest niepowtarzalną anegdotą o nierzadko epickim rozmachu, ale i tak jest to rozmiar próbki: jeden. I całkiem możliwe, że jesteśmy tylko próbką porównawczą dla znacznie ambitniejszego eksperymentu, który ktoś właśnie prowadzi w pokoju obok.

Rückkehrunruhe – kiedy pełna wrażeń podróż, z której właśnie wracamy, zaczyna nam gwałtownie znikać z pamięci kiedy tylko przekroczymy próg domu. Do tego stopnia, że musimy sami sobie przypominać, że naprawdę byliśmy w trasie… choć ledwie kilka dni temu wszystko jeszcze pulsowało najżywszym szczegółem. Chciałoby się uniknąć aż tak szybkiego zapomnienia, chciałoby się bezboleśnie przepoczwarzyć z powrotem w życie codzienne, albo właśnie odwrotnie, porzucić wszelką iluzję ciągłości i zostawić migawkę wiecznie otwartą, tak by każda kolejna scena zapisywała się bezpośrednio na poprzedniej.

Opia – dwuznaczne i dojmujące patrzenie komuś w oczy, które zarazem czyni z nas natrętów, jak i wystawia na cios. Oczy drugiego człowieka błyszczą, są bezdenne, ale i nieprzezroczyste, a my zaglądamy w nie jak w dziurkę od klucza, czując z absolutną pewnością, że tam, po drugiej stronie drzwi, ktoś jest. Ale nie wiemy, czy zaglądamy do wnętrza czyjegoś domu, czy właśnie wyglądamy na zewnątrz.

Mimeomia – łatwość z jaką wchodzimy w szufladki i dopasowujemy się do stereotypów, nawet jeżeli tego nie chcemy, nawet jeżeli to nie jest w porządku i nawet jeżeli wszyscy uważamy że tak być nie powinno. Samookaleczamy naszą fantazję i pomysłowość zakładając najnudniejszy i najbardziej oczywisty kostium – Batmana, kapitana Sparrowa, kota z „Catwoman” – byle tylko zgarnąć te łatwe lajki i nie musieć po raz kolejny odpowiadać na pytanie „za kogo ty się właściwie przebrałeś?”

Ambedo – rodzaj melancholijnego transu w jaki wpadamy, kiedy dajemy się pochłonąć bez reszty szczegółom i szczególikom doświadczenia zmysłowego. Krople deszczu spływające po szybie, drzewa szumiące na wietrze, znikająca pianka na kawie – te krótkie momenty w których doznajemy po prostu tego, że żyjemy, i to tylko po to, żeby tego właśnie doświadczyć.

Semaphorism – dyskretny znak w rozmowie, że mamy coś osobistego do powiedzenia w danym temacie, ale nie będziemy rozwijać. Empatycznie skinięcie głową, w pół opowiedziana anegdota, enigmatyczne „znam to uczucie”. Rzeczy, które wrzucamy czasami w rozmowę, a które są jak chorągiewki, które ostrzegają, żeby tutaj nie kopać, bo coś jest ukryte pod ziemią. Może linia energetyczna, która zasila dom, a może światłowód, który prowadzi hen, do innego kraju.

Avenoir – marzenie o tym, żeby dało się pamiętać rzeczy przyszłe. Przyjmujemy przecież jako oczywiste i niewzruszone, że życie zawsze idzie do przodu, ale… w tym ruchu jesteśmy jak wioślarze: siedzimy tyłem do kierunku jazdy i możemy widzieć skąd przybywamy, ale nie dokąd płyniemy. Widzimy kim byliśmy, nie widzimy kim będziemy. Co więcej, kurs naszej łodzi nadaje przecież młodsza wersja nas samych. Jesteśmy poniekąd zakładnikami tego, co zdecydowaliśmy, kiedy byliśmy dużo mniej rozsądni i dużo bardziej naiwni niż dzisiaj. I trudno się nie rozmarzyć, jak to by było, gdyby było odwrotnie.

Moriturism – nagłe odczucie własnej śmiertelności, poczucie, że te upływające lata nie są żadnymi próbami do przedstawienia, które ma się odbyć, ani fragmentami historii, którą będziemy później opowiadać, ale raczej śladami na piasku, za którymi podąża przypływ absolutnego zapomnienia. Ale nawet i ono nie zmyje tego posmaku dużego kebsia na cienkim cieście, który niepotrzebnie zjedliśmy tuż przed snem.

Reverse shibboleth – ogólnikowe „halo” na początku rozmowy telefonicznej, które jest o tyle nieoczywiste, że w dobie komórek z góry przecież wiemy kto dzwoni. Ma ono z pozoru tyle samo sensu, co obrazek koperty przy ikonie emaila, albo malowanie pisanek ręcznie, choć przecież można kupić takie sztuczne, fabrycznie pomalowane. A przecież i tak to robimy sami, żeby być pewni, że one będą takie jak te, które malowaliśmy kiedyś z babcią.

Daguerreologue – wyobrażona rozmowa ze starą fotografią nas samych. Z tą tajemniczą postacią, która ciągle żyje w domu naszego dzieciństwa i która pewnie spędza wiele czasu na rozmyślaniach kim teraz jesteśmy i co robimy. Jak ta staruszka, której dzieci i wnuki mieszkają daleko i nie dzwonią już często.

Altschmerz – zmęczenie tym, że jesteśmy zmęczeni wciąż tym samym, że ciągle nas gnębią i troskają te same problemy, niedociągnięcia i niepokoje. Całymi latami męczy nas i doskwiera jedno i to samo, te przeciągłe i dobrze znane smutki, które bolą, ale nie mają już smaku, bo się zupełnie zużyły i nawet łagodny masochizm nie znajduje już w nich nic inspirującego. Cóż więc pozostaje innego niż wciąż od nowa wyruszać na poszukiwanie nowych-starych zmartwień, które pogrzebaliśmy dawno temu i których smaku zapomnieliśmy?

Heartworm – była miłość, przyjaźń, lub tylko znajomość z kimś, z kim już dawno nie mamy kontaktu, ale kogo wciąż nie możemy się pozbyć z naszych myśli. Teoretycznie już dawno zostawiliśmy tę relację za sobą, ale tak naprawdę wciąż nosimy ją w sobie, żywą i niedokończoną, jak porzucony biwak z niedogaszonym ogniskiem, które ledwie się tli, ale tylko czeka, żeby rozdmuchać pożar lasu.

Waldosia – kiedy szukamy w tłumie twarzy osoby, o której dobrze wiemy, że jej tam nie ma. Taki sposób na zbadanie, czy ten człowiek jest w ogóle jeszcze obecny w naszym życiu, taki emocjonalny odpowiednik sprawdzania po kieszeniach, czy są klucze, portfel, telefon, zanim sobie powiemy, że możemy iść.

Anthrodynia – zmęczeniem tym, jak chamscy i źli ludzie potrafią być dla siebie wzajemnie. Z tego zmęczenia ludźmi rodzi się umiłowanie przedmiotów, które są bezpretensjonalne, które nie oceniają, które po prostu są.

The bends – frustracja, że czegoś nie przeżywamy i nie doświadczamy tak jak powinniśmy, mimo że przecież czekaliśmy i pracowaliśmy na to – nieraz całymi latami. Ale nadmierne oczekiwania rozmagnesowują nasze serce, a my gorączkowo próbujemy coraz to nowych kombinacji, byle tylko dostać coś więcej niż śnieżny ekran i biały szum emocjonalny.

Deep cut – nagły nawrót emocji, której nie czuliśmy od lat. Emocji, o której byśmy już kompletnie zapomnieli, że ona w ogóle istnieje, gdyby nie to, że przypadkiem zostawiliśmy naszą psychiczną playlistę nastawioną na „losuj”. A teraz, gdy słyszymy pierwsze akordy, czujemy nagle, że nasze neurony szarpią jak pies, który jest już na smyczy, a któremu nie zdążyliśmy jeszcze otworzyć drzwi.

Contact high-five – kiedy bezwiednie dotyka nas ktoś, kto po prostu wykonuje swoją pracę – fryzjer, instruktor jogi, albo kelner – a nam się to podoba dużo bardziej niż skłonni jesteśmy przyznać. Prostota takiej minimalnej, niczym niezmąconej relacji, która podważa siłę słowa pisanego i podsuwa myśl, że w 2050 roku najlepszym rozwiązaniem dla początkujących pisarzy będzie po prostu przytulać ludzi.

Hiybbprqag – poczucie, że wszystko co nowe, już było, że ludzka kultura już dawno wypełniła swoją płytkę Petriego i teraz już karmi się tylko sama sobą, bez końca przeżuwając i krzyżując zużyte konwencje, tworząc przy tym nic więcej jak promieniotwórczy wyciek smutku.

Onism – smutek, że będziemy mogli doświadczyć tylko małej cząstki kosmosu. Tak jak wtedy, gdy stoimy przed tablicą odlotów na lotnisku, na której migoczą setki egzotycznych nazw, a za każdą kryje się cały odrębny świat, którego nie zdążymy zobaczyć przed śmiercią (i jeszcze jeden!). Nie zdążymy go zobaczyć tylko dlatego, że – jak usłużnie podpowiada mapa – „jesteśmy tutaj!”

Reposted fromliteratka literatka viamerkaba merkaba
Sama nie wiem, czy czuję się lepiej, czy po prostu zobojętniałam. Pewność przynosi jednak spokój, nawet jeśli jest to pewność jakiejś wielkiej katastrofy czy fiaska. Tak, sądzę, że czuję się lepiej. Na wszystko patrzę z innej strony – zamiast oczekiwać, że mi się uda, i popadać w rozpacz, kiedy nie dostaję tego, czego chcę, niczego nie oczekuję i jeśli od czasu do czasu osiągnę coś drobnego, czuję niemałe zadowolenie.
— Susan Sontag - Dzienniki 1947-1963
Reposted frommaybeyou maybeyou
9909 e0e8 500
Reposted fromeverybody-lies everybody-lies viaapatyczna apatyczna
Kiedy jestem zraniona zaczynam być cicho. Więc, jeśli uważasz, że Cię ignoruje, wiedz, że jest mi wtedy ciężko.
— znalezione.
Reposted fromMsChocolate MsChocolate viaifyouleave ifyouleave
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.
(PRO)
No Soup for you

Don't be the product, buy the product!

close
YES, I want to SOUP ●UP for ...